Christmas bedrooms
Niech żyje modowy bal, czyli sylwester is coming!
Smart casual

Wielka moda nadchodzi, czyli Milan Fashion Week SS 2018!

Powrót

Jesienna tura modowego świętowania powoli dobiega końca. Po awangardowym Nowym Jorku i nużącym Londynie, przyszedł czas na włoską stolicę mody, eden tysięcy miłośników modowej rozkoszy i siedzibę domów mody z najwyższej półki. Czy Mediolan przebił Londyn i Nowy Jork? Zobaczmy!

Dolce & Gabbana

Co najmniej kilka ostatnich pokazów wyniosło już legendarną markę na nowe wyżyny sławy i zachwytu. Sięgając do korzeni własnej historii jak i samych Włoch, duet projektantów stworzył kilka szalenie perfekcyjnych pokazów, całą garścią czerpiąc z sycylijskich, religijnych czy mocno rodzinnych wpływów. Jednak co za dużo, to nie zdrowo, więc i nawet Domenico Dolce oraz Stefano Gabbana muszą spojrzeć prawdziwe w oczy: nawet najlepszy motyw na pokaz nie utrzyma się więcej niż kilka sezonów z rzędu.Projektanci zaczęli zdawać sobie z tego sprawę, przynajmniej częściowo porzucając mocno barokowy styl z poprzednich kolekcji. Wpływy rodzinne, grzeczniejsze i ustatkowane motywy zastąpił zdecydowany seksapil w bardzo estetycznym, włoskim wydaniu. Projektanci po raz kolejny pokazali, że niewiele trzeba, by skrajnie skutecznie podkreślić seksapil, bo jedynie trochę przezroczystej w czarnej odsłonie tkaniny w dobrze skrojonym wydaniu.Jednak wiosenna kolekcja jedynie pozornie próbowała nas uwieść mieszanką czerni, perfekcyjnego kroju i wszędobylskiego seksapilu. Przeciwnie, duet nie zamierza odwracać oczu od świata mody i sięga po ten sam motyw, co większość domów mody podczas ostatnich tygodni mody: wzory. Królują one niemal we wszystkich sylwetkach. Szał kolorów, bohomazy, a nawet bardziej zwarte koncepcje, wprost czerpiące z dorobku Andy’ego Warhola. Choć sam twist z popkulturą jest niezrozumiały i ma jedynie punktowy charakter, tak nie można odmówić tym projektom piękna i estetyki z najwyższej półki.Domenico Dolce i Stefano Gabbana odeszli od wcześniej mocno eksplorowanego motywu rodziny, religii i wpływów historycznych, ale nawet burza kolorów, wzorów i seksapilu nie sprawią, że nie zauważymy braku jednego, wspólnego mianownika pokazu. Włoski duet przyzwyczaił nas do mody na kompletnie innym poziomie i dlatego perfekcyjny strój nie jest szczytem marzeń, lecz punktem wyjścia, na którym tym razem Dolce & Gabbana się zatrzymali.Moschino

Już dawno temu Moschino znalazło uwielbienie i poklask wśród osób, dla których zasady świata mody, reguły gry i pewne konwenanse są nie tyle nic nieznaczącą materią, ile materią do natychmiastowego zniszczenia. Rewolucyjność Jeremy’ego Scotta przemawia do nich, a on sam stał się idealnym przykładem branżowego enfant terrible, niejako odbierając ten tytułu ostatnio wyciszonemu Johnowi Galliano.Wiosenna kolekcja Moschino, a przynajmniej jej połowa, nadal jest utrzymana w mocno rewolucyjnym stylu, czerpiąc całymi garściami z kultury punków. Sam pokaz rozpoczęła młodziutka i już będąca przyszłością modelingu Kaia Gerber. I nie ma sensu pisanie, czyją jest córką, bo (1) wystarczy na nią spojrzeć, (2) ona nie potrzebuje wsparcia nazwiska mamy. Wystarczyło kilka sezonów, by każdy obserwator świata mody zauważył, że mamy do czynienia z modelką w starym rozumieniu tego słowa, a nie kolejną, chwilową gwiazdką z Instagrama czy Snapchata, której talent na wybiegu jest mierzony przez pryzmat lajków oraz ilości obserwatorów. Wracając jednak do clou recenzji, Scott rozpoczął pokaz z punkowym przytupem, serwując nam czarne skóry, ćwieki i ogromną ilość kolorów, przeplatanych z tiulem i wszelkiej maści tonami oraz motywem kucyka pony.

Jednak od połowy pokazu rozpoczął się niezrozumiały romans z całkowicie przeciwnymi stylami, bardziej wzniosłymi, mało rewolucyjnymi i mocno upiększonymi. Jeśli to był żart w wykonaniu Scotta, to raczej niezrozumiały i zdecydowanie nietrafiony. Ta żonglerka nie miała żadnego wspólnego mianownika ani bliżej określonego celu, a przynajmniej jakiegokolwiek nie dało się wyłuskać z samego pokazu. Projektant pofolgował w rejony nieznane i tożsamościowo dalekie, by skończyć na pustkowiu… przegranych. Nawet luz, rewolucyjność i odrobina humoru mają gdzieś swój koniec, choćby w połowie pokazu Moschino.

Zdjęcia: Vogue.com

Hubert Woźniak

Podobne tematy

Ta strona wykorzystuje pliki COOKIES. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie z obecnymi ustawieniami przeglądarki.
ZGADZAM SIĘ